Slavic Jazz Underground - Jare Gody

(2020, wydawca: Karrot Kommando)

Kolektyw muzyczny powołany przez Lenę Romul (saksofonistkę, wokalistkę i kompozytorkę). Idea zespołu polega na sklejeniu inspiracji folkowych z muzyką współczesną, lekko elektroniczną, lekko jazzową. Na froncie zmaksymalizowana kobieca energia: 3 równoważne głosy (Lena Romul, Martyna Zając, Patrycja Malinowska), opowiadające głębokie kobiece rozterki i uniesienia, a za nimi solidna instrumentalna podstawa męska (Patryk Kraśniewski, Bartek Alber, Piotr Olszewski, Jerzy Markuszewski).

(okładka: Justyna Romul)

Dzięki kampanii crowdfundingowej po opublikowaniu pierwszych utworów SJU zebrało fundusze, by nagrać debiutancki album. Produkcji i realizacji nagrań podjeli się Mariusz Dziurawiec i Jarosław Smak z legendarnego Studio AS One, a gościnnie na płycie usłyszymy śpiewające Kobiety z Kapeli ze Wsi Warszawa, cymbały Magdy Sobczak, lidera Żywiołaka - Roberta Jaworskiego na lirze korbowej, Barta Pałygę na fideli i piszczałkach i Łukasza Czekałę w solówce jazzowej na skrzypcach. Wisienką na torcie są saksofony liderki kolektywu. Oprawą graficzną zajęła się siostra Leny, Justyna Romul. Premiera 16 czerwca 2020.


(fotografia: Arcadius Mauritz)




(autorka klipu: Olga Czyżykiewicz)


(autor klipu: Jarek Tokarski)

Ten album to znów dość ciekawy sposób na połączenie szeroko rozumianej tematyki słowiańskiej z etno-jazzem. Już od pierwszych taktów słychać, jak wiele wspólnego muzycznie ma tradycyjna muzyka nizinnej Polski ze stricte jazzowymi dźwiękowymi zawijasami. Połamane rytmy, zagrane na współczesnych instrumentach i połączenie tego z tematyką wierzeń i legend Słowian – to ma ukryty sens! Slavic Jazz Underground nie ogranicza się tylko do czerpania z kultury wsi, na płycie wybrzmiewa też bardzo dużo nuty stricte miejskiej i podmiejskiej. Zespół zręcznie lawiruje między tym co stare i tradycyjne a tym co współczesne, dubsptepowe i wręcz „hipsterskie” – ale wciąż z neo-ludowym duchem. A gdy „miasto” zaczyna muzycznie przeważać to zespół odbija w stronę „wsi” – i vice versa.

Każdy z kawałków jest trochę inny i puszcza oczko do innej części naszej słowiańskiej tradycji – a czyni to sympatycznie i zadziornie, w bawełnianej koszulce, wygodnym sportowym obuwiu i z elektrycznej hulajnogi, przemierzając miejską dżunglę wprost do podmiejskiego lasu, by finalnie spotkać art-rockowo-folkowego „Pośwista”. Album „Jare Gody” to mniej więcej taki skok jakościowy w polskim etno-jazzie jak lata temu „Wiosna Ludu” Kapeli Ze Wsi Warszawa w rodzimym folku, mimo że nie jest to w żadnym wypadku pierwsze na polskiej scenie łączenie jazzu z motywami czerpanymi z muzyki ludowej.


Witt Wilczyński, Słowiańska Agencja Prasowa



„Jare gody” połączyły tyle znamienitych nazwisk polskiej sceny folkowej czy world music, że każdemu jej miłośnikowi powinno się zakręcić w głowie. Ale nie tylko od nazwisk, bo jest to muzyka bardzo nieoczywista w odczycie, a jednocześnie pieczołowicie przygotowana. Już po pierwszym odsłuchu płyty mam świadomość, że odkrywanie jej to zajęcie nie na dzień czy dwa, ale może i na całe lato. Stare spotyka nowe, melodie na ludowo mieszane są z powyginanymi jazzowymi harmoniami, tradycyjne brzmienia zderzają się ze współczesnymi, a w stylach jakie tu znajdziemy można przebierać jak w ulęgałkach.

I trudno o inny efekt, skoro na płycie spotyka się tak wiele charakterów, a była przygotowywana przez kilka lat. No więc nie dziwcie się, że syntezatory i elektronika zabrzmią tu obok organów, gitar elektrycznych i basowych. Wielogłos czerpiący z bałkańskich tradycji i głos biały obok liry korbowej (wiedzieliście o tym widząc nazwisko Jaworskiego, prawda?). Czy fidel płocką w okrasie z techno. Bywa bardzo klasycznie, bywa jazzowo, bywa zupełnie popowo. Choć „slavic jazz underground” zdaje się nazwą bardzo pojemną, to jednak ani „slavic” ani „jazz”, ani „underground” nie wyczerpie w pełni bogactwa, które znajdziecie na „Jarych Godach”. Idźcie i słuchajcie.


Kaśka Paluch, etnosystem.pl



Lena Romul - Marti Brown

(2017, wydawca: Karrot Kommando)


To trzecia płyta artystki, na której porzuca saksofon na rzecz intymnego śpiewu. Powstała z inicjatywy Piotra Olszewskiego ( produkcja, bas ) oraz Bartka Albera ( gitara, banjo ), a po dodaniu dźwięków przez Patryka Kraśniewskiego ( fortepian, instrumenty klawiszowe ) i Jerzego Markuszewskiego ( perkusja ) całość ułożyła się w retro - popowy krążek. Warto dodać, że panowie udzielili się także wokalnie.



Teksty Leny powstawały podczas nowej sytuacji w jej życiu osobistym - praca nad płytą wiązała się z okresem ciąży i wkraczania w dorosłość jako matka - album dzięki temu nabiera znamion debiutu, jednak w warstwie instrumentalnej najbardziej zbliżony jest do pierwszego longplay'a artystki - "Instynktownie" z roku 2013.



(okładka i fotografie: Arkadiusz Krassowski)


Organiczne brzmienie jest efektem zespołowego nagrywania "na setkę" z dala od miejskiego zgiełku, w studio Monochrom otoczonym górami i lasami, gdzie sygnał telefonu komórkowego prawie nie dociera, a poziom decybeli na zewnątrz nie przekracza dwudziestu. Jak mówi Lena "Tam można było chwilę odetchnąć, bo Warszawa była bardzo daleko. Sklep spożywczy także. Przyjęły nas dwie młode rodziny na granicy Polski, było spokojnie, było świeże powietrze, dużo czasu wolnego. Warunki bardzo inspirujące - zespół po prostu gra wspólnie piosenki przez kilka dni. Jak w czasach kiedy rejestrowano albumy na taśmę".



(autor klipów: Jarek Tokarski)

Album "Marti Brown" zawiera 9 piosenek w języku polskim. Brzmienia gitar, perkusji, wurlitzera, mellotronu urozmaicone są partiami banjo, akordeonu i piły. Pierwszym zwiastunem płyty był utwór "James Blond", który ilustruje stonowany i intrygujący klip autorstwa Jarka Tokarskiego. Za oprawę graficzną albumu odpowiedzialny jest Arkadiusz Krassowski, czcionkę na potrzeby albumu stworzyła Justyna Romul.



Osoby odpowiedzialne za nagranie i brzmienie płyty:



Lena Romul - Pegaz

(2015, wydawca: Captain Earth)

(okładka: Ewelina Gąska)

„Pegaz” to bez wątpienia duży krok w przód wykonany przez artystkę. Lena Romul, pochodząca z Poznania wokalistka, saksofonistka i kompozytorka nie jest już na etapie poszukiwania własnej muzycznej drogi, co odczuć można było jeszcze przy okazji dobrego, ale momentami nieco chwiejnego debiutu (piszę to z perspektywy czasu, gdyż wielu rzeczy nie dało się po prostu usłyszeć od razu, dopiero druga płyta pokazała małe niedociągnięcia pierwszej solówki). Ten wyraźny podział i rozdwojenie twórczego „ja” sprawiały wrażenie niepewności co do tego, którym torem podążać. Wydany w listopadzie krążek rozwiewa wszelkie wątpliwości i pokazuje, że właściwa droga została już przez Lenę odnaleziona.

Mateusz Kołodziej, axunarts.pl


(fotografie: Angelika Jakociuk)

Nad płytą pracowali muzycy, którzy towarzyszą Romul także podczas koncertów, czyli perkusista Jerzy Markuszewski, klawiszowiec Patryk Kraśniewski, kontrabasista Grzegorz Piasecki oraz gitarzysta Piotr Rubik (gwoli wyjaśnienia: nie ten od klaskania w rytm „Niech mówią, że to nie jest miłość„…). Każdy z nich dodał do krążka cząstkę siebie, co najlepiej słychać we wspomnianym wyżej, rewelacyjnym kawałku „Mamo„, stanowiącego najładniejszą wizytówkę całości. Warto dodać, że na płycie gościnnie pojawili się Wojtek Miecznikowski, Aleksandra Kołcz, Agnieszka Bigaj, Sabina Nycek i Mateusz Mendyka, a całość została wyprodukowana na bardzo wysokim poziomie, co słuchać od pierwszego do ostatniego, dziewiątego numeru.

Podobnie jak debiutancki album, druga płyta Leny Romul intryguje od samego początku zarówno pod względem muzycznym, jak i produkcyjnym oraz tekstowym. Dobre wrażenie wywołuje nie tylko gra instrumentów, ale także – przede wszystkim – ciepły wokal artystki, która ma na swoim koncie także udział w jednym z czołowych talent-shows.

Sergiusz Królak, jazzsoul.pl





Lena Romul - Industrialnie / Instynktownie

(2013, wydawca: Captain Earth)

(okładka: Rafał Dominik)











Fonograficzny debiut Leny Romul pokazuje jej dwa muzyczne oblicza i naprawdę trudno jest mi określić, które z nich prezentuje się lepiej. „Industrialnie”, nie licząc małych potknięć i kilku wolniejszych numerów, jest krążkiem ciekawym i wciągającym. Jazzowe „Instynktownie” udowadnia natomiast, że główna nagroda konkursu Jazz Juniors przyznana Lenie kilka lat temu nie była pomyłką. Ten album jest niczym moneta – posiada swój awers i rewers. Różnica tkwi jednak w tym, iż rzucając nią, bez względu na to, co wypadnie – orzeł czy reszka – zawsze wygramy obcując z dobrą, utrzymaną na wysokim poziomie muzyką.

Mateusz Kołodziej, axunarts.pl